Co ja tutaj robię? Czyli jeszcze raz o testowaniu online

Do refleksji na temat dydaktyki w pandemii, ze szczególnym uwzględnieniem sprawdzania wiedzy, zbieram się już od jakiegoś czasu. Chodzę z tymi przemyśleniami, obracam je w głowie, wiem, co chcę powiedzieć i jakimi przykładami się posłużyć. Ale, jak widać po braku publikacji na temat, przejście od pomysłu do przemysłu potrzebowało jakiegoś bodźca. Ten pojawił się ostatnio, w formie doniesień prasowych na temat profesorskiego podwieczorku przy niewyłączonym mikrofonie*. Podwieczorku poświęconego rozważaniom o zdawalności.

Impuls do pisania dały mi i same doniesienia i fala dyskusji, która przetoczyła się przez tzw. soszial. Przy okazji wróciły memy, jak ten niżej (o zgrozo, zakotwiczone w rzeczywistości):

Źródło: https://www.facebook.com/michalzaj/posts/10215379800483119


W tej debacie zdecydowanie sympatyzuję ze zwolennikami tezy, że sprawdziany online raczej należy ograniczać niż cyzelować**. Ale nade wszystko uważam, że musimy trochę przesunąć akcenty. Po roku edukacji zdalnej nasze refleksje powinny dotyczyć nie tyle tego, jak sprawdzać wiedzę uczniów i studentów (online; ale przecież niekoniecznie, bo to jest szersze zagadnienie) i jak wygrać w tej grze, ale co sprawdzać, i dlaczego. Refleksja ta powinna również dotyczyć kwestii, po której stronie w całym tym procesie sytuujemy się jako nauczyciele.


CO I DLACZEGO


Zanim zapowiemy sprawdzian, zapytajmy samych siebie:


MIEJSCE NAUCZYCIELA


Jednak pytanie najważniejsze – i, jako takie, poprzedzające wszystkie inne – powinno dotyczyć tego, gdzie widzimy samych siebie. I w testowaniu i w ogóle, w dydaktyce. Profesorowie przy podwieczorku ewidentnie postrzegają się jako uczestników gry, w której wygrywa sprytniejszy, i chodzi o to, żebyśmy to my byli sprytniejsi od uczniów / studentów. Ta wizja implikuje konfrontację, dlatego warto zastanowić się, czy taka formuła naprawdę nam odpowiada; oraz czy jest pedagogicznie dobra i zdrowa – w ogóle, nie tylko w czasach izolacji społecznej. Innymi słowy: czy przypadkiem ustawienie się po tej samej stronie, co studenci / uczniowie i wspólne konfrontowanie się z problemami a nie ze sobą nawzajem nie jest przypadkiem wyjściem lepszym.

Jeśli odpowiedź brzmi: tak, jest / tak, taka jest istota dydaktyki, to kolejne pytanie dotyczyć będzie dobrego praktycznego rozwiązania, które pozwoli uczniom / studentom i ich nauczycielowi zbudować system współdziałania, w którym sprawdzian / kolokwium / egzamin nie jest polem konfrontacji w trybie kto-kogo (przechytrzy, obleje, ośmieszy, itd.), ale pełni funkcję służebną wobec dydaktyki. Dobrzy nauczyciele publikują wiele pomysłów na takie rozwiązania – warto o nich czytać, choćby TUTAJ. Moim osobistym faworytem jest praca metoda projektów w modelu design thinking ***, ze szczególnym uwzględnieniem wielokrotnego prototypowania. Polega ono na tym, że grupa projektowa (uczniów / studentów) wypracowuje rozwiązanie zadanego problemu i przedstawia je nauczycielowi. Ten ocenia je konstruktywnie i pozwala na przedstawienie kolejnej, poprawionej wersji, którą znów konstruktywnie ocenia (itd.). Efekt, poza zdjęciem z oceny odium testu, jest taki, że nauczyciel i uczniowie / studenci współpracują dla najlepszego możliwego efektu końcowego. A ponieważ wszystkim na takim efekcie zależy, nie ma potrzeby uczestniczenia w próbie sił – kto kogo.


OSOBISTE UWAGI KOŃCOWE


Problemy z profesorskiego podwieczorku przy mikrofonie nie są mi znane. Od lat nie egzaminuję w tradycyjnym tego słowa znaczeniu. Stawiam na długoterminowe projekty realizowane z wykorzystaniem modelu design thinking i wielokrotnego prototypowania.

Egzaminy z moich przedmiotów są spotkaniami całych grup dziekańskich, służącymi publicznej prezentacji i obronie projektów. Publiczność jest obecna, bo chodzi o to, by grypy wykonawców nawzajem się inspirowały.


Od tego roku akademickiego, Łukasz Olesiak i ja, w programie studiów Cyfrowy nauczyciel języka angielskiego (filologia angielska, Uniwersytet Pedagogiczny w Krakowie), robimy wspólny „egzamin” (=publiczną obronę projektów – jak wyżej) dla naszych dwóch przedmiotów. Ponieważ służy to integracji treści; ogranicza liczbę egzaminów; i pozwala na bardziej urozmaiconą interakcję z wykonawcami (dwoje nauczycieli zamiast jednego).


Od przyszłego roku, w naszym programie studiów planujemy semestralne projekty integrujące treści kilku przedmiotów – ze wspólnym „egzaminem”. Korzyści – jak wcześniej; tylko interakcja nauczycieli z wykonawcami jeszcze bardziej urozmaicona.


Nasze plany obejmują przedmioty tematycznie powiązane, ale co stoi na przeszkodzie, by odbył się taki wspólny egzamin z literatury i językoznawstwa? Na filologii, oczywiście ****.


Reasumując, zamiast zastanawiać się, jak wygrać w grze w testowanie / egzaminowanie, jak przechytrzyć i jak kontrolować zdawalność, pogłębmy naszą refleksję nad tym, o co w dydaktyce naprawdę chodzi. Niech to będzie nasza lekcja z pandemii, na teraz i na potem.


*W ramach zasypywania informacyjnej luki międzypokoleniowej: https://pl.wikipedia.org/wiki/Podwieczorek_przy_mikrofonie

** Czy to oznacza, ze nie rozumiem potrzeby rzetelnego sprawdzenia wiedzy? Ależ rozumiem i nawet – sądzę – znam skuteczne narzędzia i techniki cyfrowe dedykowane takim działaniom (o czym już niedługo w tym blogu).

*** pol. myślenie projektowe – niezbyt fortunne tłumaczenie, dlatego używam terminu angielskiego. A w artykule przykład, jak stosuję wspomniany model w dydaktyce akademickiej.

**** Innym kierunkom nie doradzam, bo nie znam się na specyfice ich dydaktyki. Ale jestem pewna, że same coś wymyślą :)


229 wyświetlenia7 komentarz

Ostatnie posty

Zobacz wszystkie