Jak prowadzę wykłady w kulturze nadzoru

Zaktualizowano: 18 kwi

Wykład tradycyjnie? 90 minut zajęć, w czasie których wykładowca wykłada, a sala słucha. Jest to mało efektywny sposób przekazywania wiedzy; i nużący właściwie dla wszystkich. Na długo przed pandemią odrzuciłam ten tryb pracy, najpierw na rzecz dialogowania ze studentami, potem odwracając salę wykładową: przenosząc wykład w formie wideoklipu/ów na platformę e-learningową i przeznaczając rzeczywisty czas zajęć na zadania wykonywane w trybie design thinking (myślenie projektowe, więcej TUTAJ).

W pandemii wykłady, jak inne zajęcia, przeniosły się online. I jak inne zajęcia, zaczęły być – w większości szkół – prowadzone po staremu, tyle, że cyfrowo (pisałam o tym ponad rok temu). Oznaczało to, między innymi, że – mimo, iż dobra edukacja zdalna odbywa się w dowolnym miejscu i czasie (ang. anywhere, anytime) – królem lasu został wykład synchroniczny. Dlaczego? A jak inaczej zwierzchnicy skontrolują, czy ja w ogóle pracuję? Efekt koleżanki i koledzy po fachu (czytaj: towarzyszki i towarzysze niedoli) znają z własnego doświadczenia: co tydzień półtorej godziny przemawiania do własnych (udostępnionych) slajdów lub do grafitowego ekranu pełnego szarych kółek z inicjałami*. Ponieważ wiele uczelni utrzymało tryb online dla wykładów i w tym roku akademickim, cyfrowe tortury trwają.

Jeżeli sięgacie już po chusteczkę, by zapłakać na moim losem – powstrzymajcie się. Ja tak nie pracuję. Ja pracuję tak, jak uważam. A uważam, że dobra edukacja zdalna – i to jest jej przewaga nad szkołą tradycyjną – pozwala na stworzenie uniwersytetu o cienkich ścianach (różne źródła i autorytety; wspomniane już anywhere, anytime) i daje prowadzącemu możliwość indywidualnego, osobistego kontaktu ze studentem. Dlatego moje wykłady – podzielone na 10-15-minutowe interaktywne części** – są nagrane, dostępne bez ograniczeń (czasoprzestrzennych) na platformie e-learningowej i zaopatrzone w źródła dodatkowe dla poszerzenia perspektywy. Aby jednak nikt nie miał wątpliwości zapewniam: w rzeczywistym czasie wykładu jestem na zajęciach online. Spotykam się ze studentami. Ze wszystkimi? Bynajmniej. To uniemożliwiłoby mi autentyczną interakcję z każdym z nich, którą tak cenię. Na zajęcia za każdym razem zapraszam tzw. dyżurnych*** – osoby szczególnie zainteresowane konkretnym tematem – i poświęcam cały swój czas i uwagę rozmowie właśnie z nimi.

Czy o możliwość wprowadzania takich zmian nie należy po prostu zabiegać oficjalnie? Ależ oczywiście, najpierw próbowałam po dobroci, ale skostniały system jest bardzo nieufny i przez to wyjątkowo oporny na zmiany. Ale ja urodziłam się w PRL, omijanie systemów, których nie aprobuję mam we krwi. Poza tym – i przede wszystkim – prawdziwe zmiany zawsze idą od dołu. I ja tam sobie właśnie działam. I nagryzam kamień, jak mysz.



 

*Na mojej uczelni dodatkowo, nie wiedzieć czemu, najpierw nazwisko, potem imię – myślę, że po to, by zintensyfikować moje cierpienia.

**TEDTalk już dawno pokazał, że dobry wykład ma mniej niż 20 minut.

*** Taki dyżur każdy musi wziąć przynajmniej raz w semestrze.

47 wyświetleń0 komentarzy

Ostatnie posty

Zobacz wszystkie