top of page

Jejku, jejku, no mówię wam ...

Zaktualizowano: 7 lis 2023



Wróciłam z 6-tygodniowego rejsu morskiego, który był inny niż wszystkie poprzednie na kilka sposobów. Po raz pierwszy spędziłam na morzu – Bałtyk, Morze Północne – więcej niż 2 tygodnie. Po raz pierwszy płynęłam na łodzi (s/y Bies), która była prawie moją rówieśniczką, co nie pozostawało bez wpływu na standard życia na jachcie, wyposażenie i wysiłek niezbędny do obsługi jednostki; oraz na awaryjność łódki. Po raz pierwszy byłam na rejsie wyprawowym (płyniemy do celu, często kilka dni bez zawijania do mariny); dotąd pływałam turystycznie (od portu do portu, w portach nocowanie i zwiedzanie). Po raz pierwszy też byłam na morzu z ludźmi, którzy nie byli moją załogą – pisałam o tym obszerniej w poprzednim wpisie.


Krótko mówiąc: nigdy jeszcze nie byłam na tak trudnym rejsie. Czy gdybym wiedziała ante to wszystko, co wiem post popłynęłabym jeszcze raz? Tak. Było to bowiem przedsięwzięcie niebywale pouczające i na swój sposób niezwykle satysfakcjonujące.

Pierwszy tydzień wyprawy był czasem frustracji nie do opisania. Słowem najczęściej padającym z moich ust był popularny (w niektórych kręgach), warczący wyraz na k, zazwyczaj w połączeniu z frazą K***a, jak ja nienawidzę tej łódki. Mówiłam to ze świadomością, że Bies najprawdopodobniej odwzajemnia moje uczucia. Jego projektant zapewne smaży się w dizajnerskim piekle za różne niedoróbki, ale pewnie bardziej za sadystyczne wręcz rozwiązania. Za sterem siedzi się na drewnianej skrzynce w kształcie minitrumny (przypadek?), a w przechyle – na jej kanciastej krawędzi. I ten ster! Od prawo na burt do lewo na burt 10,5 obrotu; przy każdym obrocie opór. Gdy łódka idzie ok. 5 knotów, można go puścić, ale spróbujcie nim powodować przy prędkościach portowych. Bies Was wtedy nie słucha i śmieje się Wam w twarz (osiadłszy z godnością na kamieniach lub z dziobem w główce portu). Kantami, śrubami i wszelkimi niewygodami najeżony jest też kokpit – załoga nie jest w stanie tam wygodnie usiąść. I te wszystkie pułapki na burtach – przez rzeczony pierwszy tydzień zastanawiałam się nie tyle czy (że tak wydawało mi się oczywiste), ale kiedy upadnę w drodze do żagli i złamię sobie nos lub wybiję zęby. Dodajcie do tego szafkę kuchenną otwierającą się na fali (szwankujące zamknięcie) w twarz myjącego gary; zejściówkę pod kątem niemal 90 stopni do podłoża; liny, które zdzierają naskórek z palców. I awarie, których waga i częstotliwość sprawiają, że pływasz ze stale ściśniętym żołądkiem, z pytaniem, Co tym razem?. (które zresztą zadał nam właściciel jednej mariny, do której przypłynęliśmy drugi raz). Jejku, jejku …


W drugim tygodniu przestałam używać wyrazu na k. Rezygnacja? Może trochę, ale bardziej oswojenie się ze specyfiką łódki i opisanymi wyżej trudnościami. A także satysfakcja, rosnąca w każdym kolejnym tygodniu. Satysfakcja z rosnącej własnej tężyzny fizycznej – opanowałam tę zejściówkę (i wsiadanie przez rufę, po tylnej ławeczce); z czasem okazało się, że potrafię – sama, z ręki – postawić żagiel o powierzchni kawalerki w starym budownictwie. Satysfakcja ze zdobywanych umiejętności – doszłam do ładu z tym piekielnym sterem (choć na manewry portowe nie zdecydowałam się), nauczyłam się nawigacji, podszkoliłam z radia, poobserwowałam jak kapitan zarządza załogą: metodycznie, ze stoickim spokojem (sama jeszcze tego spokoju nie mam, ale przynajmniej przeanalizowałam sobie model). Satysfakcja, że mimo trudności dałam radę – sprawdziłam w boju tezę Paula Blooma, że w cierpieniu jest przyjemność (nie ta masochistyczna; mowa o przyjemności stawienia czoła wymagającemu wyzwaniu).


Czyli co? Po kilku latach żeglugi rekreacyjnej nagle zostałam apostołką tak zwanego „prawdziwego żeglarstwa”? Nie wiecie, co to prawdziwe żeglarstwo? Wystarczy zajrzeć na fora w soszialach. Prawdziwe jest oranie morza, oldskulowe rozwiązania (np. fok koniecznie bez rolera!) i ogólny morski hardkor z pogardą odnoszący się do turystyki żeglarskiej, która przecież jest dla mięczaków. Nic z tych rzeczy. Głównie dlatego, że mam własną definicję prawdziwego żeglarstwa.


Prawdziwe żeglarstwo jest tam, gdzie jest prawdziwa załoga. Załoga, która dba o siebie nawzajem. Załoga, która jednoczy się wobec przeciwności losu i radzi sobie z nimi, każdy/a na miarę swoich możliwości. Załoga, która potem o tych przeciwnościach i radzeniu sobie z nimi rozmawia z dumą, ciesząc się że ciężko było, ale podołaliśMY. I to tę wiedzę i tę definicję prawdziwego żeglarstwa w największym stopniu ugruntowałam sobie w czasie opisywanych sześciu tygodni na morzu.



Czego jeszcze się dowiedziałam? Wracając do wątku z poprzedniego akapitu – że trzeba celowo stawiać się w trudnych sytuacjach. Aby się zweryfikować, bo „tyle wiemy o sobie , ile nas sprawdzono”? Niekoniecznie. Myślę, że – zważywszy wiek i doświadczenie – wiem o sobie na tyle dużo, że tych sześć ciężkich tygodni nie zaskoczyło mnie niczym pod względem moich własnych reakcji i postaw. Innymi słowy, dzięki wyzwaniom, które rejs mi postawił nie dowiedziałam się o sobie niczego nowego. Ale – co równie ważne – poczułam, że żyję. Dlatego popłynę znów. I Wy też popłyńcie, oczywiście w metaforycznym tego słowa znaczeniu. Czyli stawiajcie sobie wymagania poza codzienny standard. Navigare necesse est, vivere non est necesse.

141 wyświetleń0 komentarzy

Ostatnie posty

Zobacz wszystkie

AHOJ, Odro!

Comentarios


bottom of page