Kotwiczenie czyli o trudnej sztuce komunikacji

Tak, jak obiecaliśmy w poprzednim wpisie, to jest przede wszystkim żeglarski blog. Ale żeglarstwo jest cudownym sportem również z tego względu, że to, co się dzieje  ma znacznie szerszy wymiar i daje podstawę do refleksji o wielu znacznie ogólniejszych sprawach. I na łódce ma się wyjątkowo dużo czasu na takie rozmyślania.

Dziś o kotwiczeniu i komunikacji.


Ania:

Załoga rozmawia o czymś, o czym nie mam pojęcia – o stawaniu na kotwicy. Wszyscy dziwią się wszystkiemu, czego nie wiem i to już nastawia mnie do nich konfrontacyjnie. Zaczyna się w zasadzie nie od kotwicy, tylko od dwóch: że tę drugą rzuca się – najlepiej – z pontonu, żeby uzyskać kąt ca. 45 st. między linami / łańcuchami kotwicznymi. Nie mogę sobie tego manewru wyobrazić. Tłumaczący mi całą sprawę nie rozumie, czego ja nie rozumiem. Dopiero po chwili ustalamy, że to dlatego, iż byłam przekonana, że kotwicę rzuca się od rufy. Śmiejecie się co? Każdy przecież widział kotwice wiszące u dziobów jachtów (ja też, przyznaję, ale ostatnio dużo pływam na omedze i – szczerze – zapomniało mi się). Oni wszyscy też się śmieją. Nie pomaga mi to. Jedziemy dalej z tymi objaśnieniami. Co jakiś czas muszę stopować tłumaczącego, bo punkt wyjścia, jaki obiera jest poza moim zasięgiem poznawczym. Czyli, krótko mówiąc, zaczyna swoje tłumaczenie w miejscu, do którego nie jestem w stanie myślowo doskoczyć, bo tylu rzeczy nie wiem. Ustawiamy się do linii wiatru, uruchamiamy windę kotwiczną a następnie zaczynamy manewr wycofywania się … Następnie, czyli kiedy? Cofając się odkręcamy Odkręcamy – rozumiem, ale w którą stronę? Sprawdzamy kierunek wiatru … Obecny? Czy prognozujemy? A jeśli ma się zmienić, to co? Odkręcamy biorąc pod uwagę obecny wiatr czy przewidywany? Jeśli obecny, to chyba nie ma znaczenia, w którą kręcimy (bo przecież nie bez powodu ustawialiśmy się do wiatru)? A jeśli się nie zmieni? I czy tylko kierunek wiatru ma znaczenie dla tego odkręcania?


Jacek:

Najpierw opiszmy na czym polega kotwiczenie jako takie, z pominięciem odkręcania, które tak niepokoi Anię. Dlaczego? Bo na swoim poziomie wiedzy żeglarskiej – nawet jeśli zrozumie, na czym ta część manewru polega – nie będzie w stanie go wykonać.

Zatem po kolei, z perspektywy sternika. Zaczynamy od wyboru kotwicowiska (dobrze, by była to część akwenu o znanych głębokościach). Już na miejscu decydujemy, gdzie konkretnie kotwica pójdzie w dół. Zazwyczaj najlepszy będzie środek kotwicowiska lub punkt, w którym – nawet po zmianie kierunku wiatru (jeśli jest spodziewana) – w nic nie uderzymy lub nie wpadniemy na mieliznę. Wpływamy w wybrane miejsce, pod wiatr, na silniku (jeśli mamy). Stajemy – nieprzerwanie pod wiatr i z włączonym silnikiem (niewykluczone, że trzeba będzie hamować z użyciem wstecznego, potem znowu luz). W tym czasie osoby wyznaczone do pracy na kotwicy przygotowują ją do wydania. Gdy wszystko gotowe, ruszamy na wstecznym i rozpoczyna się wydawanie łańcucha. Ile? To zależy przede wszystkim od głębokości: długość wydanego łańcucha powinna być jej wielokrotnością, 3-5-krotną. Na przykład dla głębokości 6m będzie to od 18 do 30 m łańcucha. Ważnymi czynnikami są też specyfika otoczenia, rodzaj kotwicy i siła wiatru (tu, krótko: im więcej łańcucha, tym lepiej kotwica trzyma, ale też większy zasięg wahadła, o którym za chwilę). Po wydaniu odpowiedniej długości łańcucha ustawiamy silnik na zero (luz; silnik ciągle pracuje) i czekamy aż wiatr ponownie nas ustawi. Cały czas sprawdzamy, jak pracuje nasze „wahadło” (czyli jak nasza łódka, która „wisi” na łańcuchu kotwicznym, „buja się” na wietrze, tam i z powrotem, od jednego maksymalnego wychylenia do drugiego). Interesuje nas przede wszystkim, czy nie zrywa nas przy wspomnianych maksymalnych wychyleniach. Jeżeli nie, gasimy silnik. Wahadło kontrolujemy przez cały czas kotwiczenia. W tym celu wystawiamy wachtę kotwiczną.

I jeszcze sprawa drugiej kotwicy. Jeżeli chcemy zmniejszyć wychylenie wahadła (na przykład dlatego, że kotwiczymy blisko innej łódki) lub siły działające na pierwszy łańcuch, wykładamy dodatkową kotwicę – w kierunku, w którym powieje wiatr po zmianie wynikającej z prognozy. Kotwicę dobrze rzucić z pontonu (jeśli mamy) – zwiększy to nasze szanse na umieszczenie jej tam, gdzie chcemy.


Ania i Jacek:

Kotwica poszła. Tymczasem, powyżej poziomu wody, mamy kilka różnych problemów z komunikacją.

Przede wszystkim okazuje się, że nie jest tak prosto przeskoczyć tzw. dystans poznawczy. Innymi słowy, nauczyciel (nie tylko żeglowania) zawsze wie „za dużo” i jeśli zacznie wyjaśnienia na zbyt wysokim poziomie (ogólności, abstrakcji czy w ogóle wiedzy), to uczeń może za nim zwyczajnie nie nadążyć. Miarą kunsztu pedagogicznego jest zatem utrafienie w coś, co psychologia wychowawcza nazywa strefą najbliższego rozwoju. Jak to robić? Przede wszystkim prowadzić ciągły dialog z uczniem, dla ustalenia wspólnego punktu odniesienia (zakotwiczenia :)). Poza tym, warto pracować nad empatią. Gdy jest wyższa, łatwiej dostrzec, że kogoś edukacyjnie zgubiliśmy; i w ogóle, ze zrozumieniem, wczuć się w jego sytuację. I wreszcie: każdy nauczyciel, ten empatyczny i ten mniej, powinien od czasu do czasu sam nauczyć się czegoś nowego. Łatwiej wtedy pojąć, z czym zmaga się żółtodziób (przeważnie z większą liczbą problemów, niż nam się wydaje – to też warto założyć coś komuś tłumacząc).

Po drugie – i jest to grzech całej naszej edukacji, nie tylko żeglarskiej – mamy fatalną kulturę pytania, a właściwie niepytania. Zauważyliście, że w polskiej szkole nikt (z wyjątkiem nauczycieli) o nic nie pyta?  Powód jest prosty: można wyjść na idiotę (reakcja otoczenia zazwyczaj nie pozostawia złudzeń, że tak jest); można zirytować wszystkich (w tym nauczyciela), którzy już mogliby mieć przerwę albo przynajmniej na inercji dotoczyć się do dzwonka; i, przede wszystkim, można podpaść prowadzącemu wykład ekspertowi, który pytanie z dużym prawdopodobieństwem potraktuje jako kwestionowanie swojej fachowości. Uporać się z tym wszystkim nie będzie łatwo, bo zmiana kultury to praca na lata. Praca nad nastawieniem nauczycieli / ekspertów, którzy muszą otworzyć się na pytania, nawet te stanowiące potencjalne zagrożenia dla ich autorytetu (co może wymagać przedefiniowania tego ostatniego). I praca nad postawami uczniów, zwłaszcza budowanie zaufania, że pytanie niczym nie grozi.  Niemniej nawet jeżeli łatwo nie będzie, warto tę kulturę niepytania demontować, choćby krok po kroku. Możemy zacząć od „uwolnienia” pytających: niech drążą do woli. A my nie śmiejmy się, nie komentujmy złośliwie, nie parskajmy ze zniecierpliwieniem. Zamęczą nas? Wszyscy wiemy, że są tacy, którzy potrafią pytać do upadłego (pytanego; sami są niezniszczalni), ale bez obaw: są tak nieliczni, że my, nauczyciele, jesteśmy raczej bezpieczni.

I ostatnia sprawa*: naukę – w tym rozumienie, co nam tłumaczą – czy w ogóle komunikację bardzo utrudnia tzw. filtr afektywny. Mówiąc po prostu: źle się uczymy czy porozumiewamy, gdy na pierwszym planie grają negatywne emocje. Te ostatnie często biorą się między innymi z przypisania osobie, która nas poucza (czy obecnej przy tym publiczności) złych intencji. Zakładajmy zatem przede wszystkim te dobre: tłumaczą nam z pozycji wiedzy, nie władzy; śmieją się, ale przecież niekoniecznie złośliwie – często śmiech jest odpowiedzią na napięcie, które mogą odczuwać wszyscy, nie tylko pouczany. Dajmy zatem – i ta uwaga, dla odmiany, dotyczy wszystkich uczących się – trochę luzu, i sobie, i tym, co nam cierpliwie tłumaczą, i wesołym kibicom.


Photo by Jacek Załuski

*Ostatni akapit ja (Ania) dedykuję Wodzowi, który otworzył mi oczy na niejedno.

169 wyświetlenia1 komentarz

©2018 by wiem. Logo by Michał Kwaterski.

This site was designed with the
.com
website builder. Create your website today.
Start Now