Twój patent jest lepszy niż mój?

Z pływaniem na łódce jest tak samo jak z jazdą samochodem: patent / prawo jazdy to nie certyfikat umiejętności, a punkt wyjścia. Żeby umieć, trzeba ćwiczyć. Początkujący żeglarz - w przeciwieństwie do początkującego kierowcy – zazwyczaj potrzebuje do tych ćwiczeń towarzystwa. I ma w tym zakresie trzy opcje.

Pierwsza możliwość – zabieramy na łódkę towarzystwo niemające o żeglarstwie pojęcia – ma swoje zalety. Przede wszystkim, trzeba sobie radzić samemu. Żaden instruktor czy bardziej doświadczona koleżanka nie pomoże czy choćby nie doradzi. Taka pełna odpowiedzialność jest kształcąca przede wszystkim dlatego, że wszechstronnie aktywizuje. Do tego – jak przy jeżdżeniu autem bez kibiców – nie ma świadków naszych błędów (niedoświadczona załoga raczej nas nie wypunktuje), co poważnie obniża wstyd i wynikającą z niego frustrację. W efekcie, mimo popełnionych błędów, schodzi się z łódki z niezłym samopoczuciem, które motywuje do dalszych prób i stymuluje rozwój (poświęciliśmy temu zagadnieniu wpis). Mankamentem tej opcji są trudniejsze manewry, jak podchodzenie do kei / portu; oraz wszelki sytuacje kryzysowe. Wtedy jednak lepiej nie być skazanym tylko na siebie.

Na przeciwnym biegunie jest trening w towarzystwie doświadczonych żeglarzy. Wadą tego układu jest oczywiście przesunięcie odpowiedzialności na kogoś innego. Zaletą – oprócz opieki faktycznej – troska metodyczna i możliwość analizy wykonanych manewrów, jeżeli doświadczone towarzystwo ma żyłkę pedagogiczną lub doświadczenie instruktorskie. Tę ostatnia opcję sprawdziłam w tym roku i nawet o tym ze swoim żeglarskim opiekunem blogowałam (kto jeszcze nie czytał, zapraszamy do lektury). Problem polega na tym, że początkującemu żeglarzowi niełatwo znaleźć doświadczone towarzystwo, z którym mógłby ćwiczyć. Ci doświadczeni albo przejmują dowodzenie, albo w ogóle nie chcą pływać ćwiczebnie (bo to nuda, jak w polskim kinie).

Szansą na połączenie zalet opcji ja-i-dyletanci oraz ja-i-ekspert jest pływanie z innymi świeżo opatentowanymi: odpowiedzialność wspólna, więc moja w równym stopniu; pokładowa omerta w przypadku wszelkich potknięć („ale o co chodzi, nic nie zaszło”); oraz jednak jakieś umiejętności na wypadek kryzysu. Czy to się sprawdza?

W rzeczywistości bywa różnie. Niedoświadczone załogi często nie maja do siebie zaufania, co w żeglarstwie jest zdecydowanym minusem (pisaliśmy i o tym). Ale najważniejszym minusem – i przeszkodą w realizacji opcji ćwiczenia w trybie ja-i-koledzy-z-kursu – jest kij. Tak, kij. Wetknięty. Nie w mrowisko, a w kłębowisko dwóch splecionych kompleksów: niższości (nie umiem) i wyższości (nie będzie mnie pouczał, mam taki sam patent, jak on). Pierwszy z kompleksów, przez kumulację frustracji, daje pewnego rodzaju nadwrażliwość. A taki wiszący w powietrzu foch skutecznie napędza kompleks drugi, bo uwagi współzałogantów, słuszne czy nie, traktowane bywają nie poglądowo a osobiście (a przecież mam taki sam patent …).

Pierwsze słyszysz? Ok, kto nigdy …, niech pierwszy … . Jeśli jednak, czytając ten wpis, ze zrozumieniem kiwasz głową, zastanówmy się razem, jak usunąć przeszkody na drodze tego potencjalnie wartościowego doświadczenia – wspólnego treningu żeglarskich żółtodziobów. Na początek warto sobie uświadamiać, że ulega się takim nastrojom. To pierwszy krok do tego, by się od swojego kija próbować uwolnić. A bez kija, już bardziej na luzie, łatwiej i sobie brak umiejętności wybaczyć i zauważyć, że niedoświadczony współzałogant ma czasem dobre pomysły. To ważny krok w kierunku ważnej umiejętności cofania się o krok i słuchania innych. Tak robią najbardziej doświadczeni żeglarze, ci, których to doświadczenie właśnie już dawno uwolniło od kija. A patent? Warto czasem rozważyć włożenie go w miejsce uwolnione po wyjęciu kija. Bo sam patent o niczym, ale to o niczym nie świadczy.


64 wyświetlenia

©2018 by wiem. Logo by Michał Kwaterski.

This site was designed with the
.com
website builder. Create your website today.
Start Now